Wszelkie prawa zastrzeżone. Bardzo proszę o nie kopiowanie i nieudostępnianie moich prac bez mojej zgody.
Fallow me

sobota, 29 grudnia 2012
Święta Święta
Święta święta i po świętach. W tym roku wyjątkowo nie tak jak bym chciała. Jak można złapać ostre zapalenie oskrzeli i zatok w ciągu jednego dnia, przed samymi świętami? Ja potrafię >< Przynajmniej był pretekst, żeby nic nie robić, jakby to miało mnie pocieszyć. No ale już jest lepiej :) Filmy świąteczne obejrzane, książki przeczytane, komiksy utulone pod poduszką :> W tym film "Love actualy" wiedzie prym.
Uwielbiam scenę, w której Hugh Grant tańczy :D
Wśród prezentów, znalazłam w tym roku "nail art special effect topper" od Essence. Dziękuję św. Mikołaju :) W zasadzie nie używam niczego, co się za bardzo świeci (kosmetyków, ubrań, dodatków itp) ale przyznaję, że ten daje fajny efekt, zwłaszcza jak się go połączy z tradycyjnym lakierem do paznokci. Wyszło mi więc coś takiego :
Użyłam dwóch lakierów i toppera. Na zdjęciu nie wyszło tak dobrze jak w rzeczywistości, ale w przybliżeniu tak to wygląda. To moja pierwsza próba z czymś takim. Wydaje mi się to mało świąteczne a bardziej karnawałowe, ale nosi się sympatycznie :) Może coś nowego wymyślę na Sylwestra, choć pewnie spędzę go w łóżku ;)
Na zakończenie: mam nadzieję, że Wasze święta były udane i Nowy Rok spędzicie wesoło. A ja idę zakopać się w papierze :)
Najlepszego :*
piątek, 2 listopada 2012
Kot - Wspomnienie
Słońce świeciło prosto w jej twarz. Jasne, ciepłe,
pachnące. Czuła zapach nagrzanej pościeli, świeżo zmielonej kawy, kwiatów. Za
oknem ćwierkały ptaki, był piękny poranek.
Kot zacisnęła powieki, jeszcze nie chciała wstawać,
nie musiała. Był wczesny ranek, kiedy obudziły ją odgłosy krzątaniny w kuchni,
dopiero świtało. Starała się ich nie
słuchać i na powrót zasnąć. Nic z tego nie wyszło. Leżała więc tylko z
zamkniętymi powiekami, wystawiając twarz na światło. Zapach kawy był coraz
mocniejszy, ktoś przeszedł szybko pod jej drzwiami, usłyszała jak rodzice stukają łyżeczkami o filiżanki. Zachciało się
jej pić. Wtuliła twarz mocniej w poduszkę i na chwilę wyrzuciło ją z rzeczywistości,
znów zapadała w sen. Kiedy się ocknęła, miała wrażenie, że ledwie przed chwilą
zamknęła oczy.
- Śpisz jeszcze, kotku? – Mama weszła cicho do jej
pokoju, słodka i uśmiechnięta. Usiadła na brzegu łóżka, wygładzając dłonią
brzeg wymiętej poduszki, musnęła lekko jej włosy. – Zaraz wyjeżdżamy, tata
pakuje ostatnie rzeczy. Na pewno dasz sobie radę? Tak bardzo nie chciałam
zostawiać cię samej. Zadzwoniłam do cioci, zaopiekuje się tobą i…
- Mamo, już o tym rozmawiałyśmy, wszystko będzie
dobrze. Jedźcie.
- Moje kochane maleństwo.
Uścisnęła
ją w przypływie czułości, cała rozpromieniona. Przy tym wszystkim, ani razu nie
spojrzała jej w oczy. To nic.
Rodzice długo planowali tę wycieczkę, mama
cieszyła się jak dziecko. Wybiegła z jej pokoju, zbyt zaaferowana, by dalej
wypytywać o zaradność córki. Przypomniała sobie, że nie spakowała jeszcze
ulubionych perfum, choć tata właśnie ją upominał, że na miejscu może kupić
sobie nowe. Zachichotała, twierdząc, że jest głuptasem. Musi mieć przecież
jakieś na drogę.
Wstała
z łóżka trąc oczy, wciąż rozleniwiona i senna. W przedpokoju ojciec ustawiał
ostatnie walizki, a mama poprawiała fryzurę. Uśmiechnęła się do wujka, który
czekał na nich gotowy do pomocy. Miał ich odwieźć na dworzec. Był sympatycznym
okazem pana w średnim wieku, który większość życia spędził wśród książek. Razem
z ciocią tworzyli ciekawy duet. Ukłonił się jej, przypominając, że potem wpadną
do niej z ciotką na herbatę. Obiecała czekać. Ziewnęła dyskretnie, gdy rodzice
udzielali jej ostatnich dobrych rad i wskazówek.
Drzwi
wreszcie się za nimi zamknęły. Była szósta rano.
Kot spojrzała w lustro, przechylając głowę
na bok. Nie zobaczyła nic, poza swoim odbiciem. Szkoda. Uśmiechnęła się do
siebie szeroko, trochę zawiedziona. Wolałaby ujrzeć szponiastą łapę wyciągniętą
w jej kierunku, lub rozjarzone kocie oczy. Ale ze stalowych ram nic nie
wychodziło, tafla pozostała nieruchoma i twarda. Westchnęła z rezygnacją,
wychodząc. Musi się ogarnąć zanim przyjdzie wujostwo. Rozmyślanie o sennych
marach na pewno jej w tym nie pomoże.
Ciocia
nigdy nie zawodziła. Punktualnie o w pół do trzeciej zadzwonił dzwonek do
drzwi, a gdy je otworzyła, otoczył ją zapach kwiatów i ciasta. Ciocia uścisnęła
ją czule, całując w policzek, a wujek
ujął jej dłoń, pochylając się w szarmanckim ukłonie. Musnął ustami jej rękę i
wręczył kwiaty. Bukiet białych, pachnących oniemiająco lilii. Czuła się jak w
bajce.
Ciasto,
czekoladowo śmietankowe, wypełnione wiśniami z ogrodu i posypane kawą, było
pyszne, jak każda rzecz, która miała styczność z dłońmi i talentami cioci Marianny.
Teraz przyglądała się jej ponad stołem, ubrana w kwiecistą, zwiewną sukienkę,
uśmiechając się promiennie i z uczuciem, jak dobra wróżka. Jej niebieskie oczy
pełne były miłości i tęsknoty.
- Dziobiesz jak wróbelek – zauważyła
rozbawiona. Kot spojrzała na swój talerz, gdzie spoczywał ledwo naruszony
kawałek ciasta. Była tak zajęta obserwacją i pustką we własnej głowie, że
całkowicie zapomniała o jedzeniu. Chwyciła widelczyk i natychmiast zabrała się
za puszystą masę, jedząc ze smakiem. Obejrzała z każdej strony wisienkę, która
miała właśnie na widelcu: czerwoną, z zielonym, marcepanowym listkiem, małą
gałązką i drobnymi, bladoróżowymi kwiatkami. Ciocia potrafiła tworzyć cuda. Za
każdym razem gdy jadła coś, co wyszło spod jej rąk, wypełniało ją uczucie
błogości i słodkiego lenistwa. Coś bardzo naturalnego i strasznego zarazem. To
było dziwne, bo kiedy rodzice karmili ją smakołykami, nigdy nic takiego nie
czuła. Wierzyła, że to pewnie magia ciotki. Mama często mówiła, że jej siostra
zachowuje się jak mała dziewczynka, że nadal wierzy we wróżki i inne
nadprzyrodzone stworzenia z bajek i że babcia nabiła jej głowę głupotami,
których nie pozbyła się z upływem lat.
Miała przy tym minę, jakby mówiła o wyjątkowo nieprzyjemnej i dodatkowo
zaraźliwej chorobie. Tak czy inaczej, ona nie widziała w tym nic złego. Mając
lat jedenaście, pochłaniała bajki o czarownicach, które wydawały się jej bardzo
zabawne, ale także stare baśnie i opowieści o zamierzchłych czasach, gdy na
ziemi mieszkały smoki i odwiedzały ją demony. Czytała o potworach ukrytych pod
łóżkiem, o zdziwaczałych babciach, zapraszających zagubione dzieci do swych
podejrzanych chatek, o rycerzach i wojownikach, o sierotkach błąkających się po
zaczarowanych lasach, i o wszelkich innych dziwach, które tylko mogła znaleźć.
Wydawało się jej rzeczą całkiem naturalną, że ciocia może należeć do takiego
zaczarowanego świata. No i wujek, o którym mama nie mówiła zbyt wiele, a
którego ona sama uwielbiała pasjami. Przyglądał im się badawczo i z
zaciekawieniem za każdym razem, gdy się spotykali. Czasami miała wrażenie, że
należał do zupełnie innego świata, błądząc myślami daleko stąd. Czuła się tak,
jakby oglądała go przez szybę lub jakąś niewidzialną ścianę, zdawał się być
nieosiągalny. Ale i tak podziwiała jego zamyśloną twarz i oczy w kolorze
burzowego nieba, zmarszczki wokół oczu i ust, to jak opowiadał najdziwniejsze
historie, jak patrzył na Mariannę. Nic dziwnego, że się w nim zakochała.
Zjadła
już swoją porcję ciasta, czując przyjemny zawrót głowy, herbata dopełniła
ceremonii poprawiania jej nastroju. Zapomniała o potworach i innych światach,
wielkie przygody jej teraz nie
interesowały. Chciała być tylko tu i teraz, z ludźmi, którzy byli dla niej
ważniejsi niż właśni rodzice.
- Nie myśl tak intensywnie, bo rozboli
cię głowa. Masz przecież wakacje.
Marianna
podniosła się z krzesła i przytuliła ją do piersi, mrucząc coś cicho w jej
włosy. Miała wrażenie, że otaczają ja zaklęcie, jakby z każdym słowem opasała
ją skrząca się złoto tęcza. Mogłaby
przysiąc, że ponad ramieniem cioci widzi kolorowe wstęgi poruszające się leniwie w ciepłym powietrzu, wypełniające
cały pokój. W tym nierealnym obrazie, jedyną stalą rzeczą były oczy mężczyzny
na przeciw niej, ciemne i myślące. Zawsze kojarzył się jej z rycerzem, takim ze
starych legend. Silnym, poważnym, o wielkim sercu. Chciała go ubrać w coś
wykwintnego, może nawet w zbroję, a ciocię w piękną suknię. Obraz był bardzo
pociągający i raczej nierealny.
- Chyba się nie wyspałaś.
Marianna
ucałowała znów jej włosy i spojrzała na jej twarz. Kot przetarła oczy, wyrwana
z zamyślenia. Nie była śpiąca, tylko za bardzo fantazjowała. Zamrugała
powiekami, bo wciąż widziała złocistą tęczę, ale niewiele to pomogło. Dlaczego?
Za
oknem zamiauczał kot. Spojrzała w tamtą stronę i dziwne widziadła natychmiast
zniknęły. Uwolniła się z objęć i poszła otworzyć okno. Kot ostrożnie zbadał
łapą parapet, zanim na niego wszedł, pop czym znów miauknął, jakby chciał
powiedzieć: już jestem. Był mały i rudy, jego mądre niebieskie oczy patrzyły na
nią wyczekująco.
- Chyba trochę tu dla niego za wysoko?
- Nie, ciociu, to kot sąsiadów. Pewnie
dzieciaki znów się nad nim znęcały. Zawsze przechodzi po balkonie. Śliczny,
prawda?
Marianna
tylko przytaknęła, z kolejnym słodkim uśmiechem na twarzy.
Pobiegła
po mleko, wiedząc, że zwierzak nie ucieknie, nawet jeśli w domu byli obcy
ludzie. Poza tym wszelkiej maści pupile lubiły jej wujostwo, więc nie powinno
być problemu i w tym przypadku. Kiedy wróciła, kot siedział nieruchomo na
parapecie i wpatrywał się w parę przed sobą. Nie próbowali się do niego zbliżać
ani głaskać na siłę, co było podejściem rozsądnym i wyrozumiałym. Z pewnością
nie miał ochoty na pieszczoty kogoś, kogo nie znał, a biorąc pod uwagę, co
musiał znosić na co dzień, był ostrożny, ale całkiem spokojny. Strącił
zainteresowanie widokiem, gdy tylko weszła do pokoju, stawiając przed nim
miskę. Powiedzieli, że chyba bardzo musiał ją lubić, skoro nie uciekł. Może tak
było. Ale wiedziała, że on wie, że nie musi się obawiać ludzi, z którymi się
teraz znajdował.
- A przecież uciekł od swoich
właścicieli. – Wujek pochylił się do przodu, zainteresowany.
- Właścicieli? Zawsze myślałam, że w
jakiś sposób to koty wybierają sobie ludzi. Ale ponieważ według naszych zasad,
należy do tych, a nie innych, przychodzi tutaj, żeby mieć święty spokój.
- Gdzie to przeczytałaś?
Słyszała
zdziwienie w jego glosie.
- Nigdzie, to przecież widać.
Położył
rękę na jej ramieniu i pocałował ją w czubek głowy, ciocia zachichotała, a kot
oderwał się od swojej miski, śledząc uważnie każdy ruch mężczyzny. Musiał chyba
uznać, że nic jej nie grozi, bo natychmiast zanurzył pyszczek w mleku. Kiedy
skończył, ziewnął, przeciągnął się, otrząsnął i zeskoczył miękko wprost na jej
kolana. Wiercił się przez chwilę, szukając dogodnego miejsca, żeby się wygodnie
ułożyć, po czym wtulił łebek w jej brzuch i miauknął z oddaniem. Może nie lubił
dotyku innych, ale tutaj stawał się
prawdziwym małym pieszczochem. Przytuliła go, pozwalając mu lizać swoje palce
i wiercić się do woli. W takich chwilach reszta świata przestawała dla niej
istnieć. Kochała koty i miała nadzieję, że one lubią ją także. Słyszała teraz
głos wujka, niewyraźny, jakby uszy miała zatkane watą. Mówił co o jej
dzieciństwie, o kołysce i kotach. Przytuliła twarz do miękkiego futerka, czując
miarowe bicie małego serca. Rzeczywistość gdzieś umykała, oczy same się jej
zamykały i po chwili zapadła się w miękką ciemność.
Marianna wstała ze swojego miejsca,
patrząc z niepokojem na siostrzenicę, która leżała spokojnie w ramionach
Adriana, tuląc do siebie rudego kota. – Zasnęła?
- Myślę, że jej obecny stan można nazwać
„snem”, ale nie „zaśnięciem”. Nic jej nie będzie, nie martw się.
Dotknęła
głowy dziecka, ale nie poczuła nic niezwykłego, kot też spał spokojnie w jej
objęciach.
- Poczekajmy, aż się obudzi. Może opowie
nam jakiś ciekawy sen?
Patrzyła,
jak Kot wtula twarz w poduszkę, uśmiechając się przez sen, kot ułożył się przy
jej głowie, wyraźnie szczęśliwy. Tak, koty ja kochały, chociaż była całkiem
zwyczajnym dzieckiem. Nie przejawiała żadnych dziwnych skłonności, a
przynajmniej jej siostra o niczym takim nie wspominała. Nie miała złych
nawyków, ale nie odznaczała się też czymś szczególnym, poza tym, że koty lgnęły
do niej jak pszczoły do miodu. Gdziekolwiek poszła, zawsze znajdowały się
jakieś mruczące futrzaki, które starały się zagarnąć ją dla siebie. Pamiętała,
jak kiedyś, gdy miała może z sześć czy siedem lat, pojechali do dalszej rodziny
na wieś. Starsza ciotka, która miała tylko jednego syna, bawiącego akurat na
studiach, pocieszała się towarzystwem starego labradora i kotki, która niedawno
wydała na świat potomstwo, którego było zadziwiająco dużo, więc przypuszczalnie
zaopiekowała się tez innymi kotami z sąsiedztwa. Ciężko było je policzyć, ale
było ich chyba dwanaście. Stary labrador czuwał przy kociakach, pozwalając im
na wszelkie możliwe harce na swoim grzbiecie i nie tylko. Maluchy wieszały się
na jego uszach, próbowały walczyć z jego poruszającym się leniwie ogonem,
skakały po nim, zaczepiały i robiły dosłownie wszystko, co tylko przyszło im do
kocich głów. Ale kiedy weszli do środka a dziewczynka została przedstawiona i
obejrzana z każdej strony, po czym nakarmiona drożdżówką, kociaki straciły
zainteresowanie maltretowaniem starego psa. Przyczajone jak mali zwiadowcy,
okrążali stół, fotele i krzesła, przyglądając się jej badawczo. Co odważniejsi,
podchodzili bliżej, obwąchując jej nogi i próbując zaczepiać. Uśmiechała się do
nich tylko, ale w końcu zeszła ze swojego miejsca i usiadła na podłodze,
czekając, aż podejdą bliżej. Pierwszy rzucił się na nią największy rozrabiaka w
całej kociej bandzie. Zaczepił pazurkami o jej spódnicę i odskoczył, jak rażony
prądem. Przewrócił się, podniósł, potrząsnął łebkiem i wpatrywał się w nią
zdumiony. Za drugim razem był już ostrożniejszy. Obwąchał dokładnie wyciągnięta
w jego kierunku rękę i z wahaniem polizał jej palce. A potem władował się na
jej kolana, wiercąc się, mrucząc i miaucząc. Dziewczynka roześmiała się słodko,
pozwalając podejść reszcie czeredy. Koty oblegały ją z każdej strony,
rozmruczane i rozanielone, a pies tylko się przyglądał mądrymi, spokojnymi
oczami. Koty zaczęły ja prowadzić w stronę korytarza.
- Idź się pobawić, kochaneczko. Tam jest
ich miejsce.
Stara
ciotka wcisnęła jej w ręce kawał drożdżowego placka, dolała kakao do kubka i
odesłała do przedsionka, gdzie koty miały swoje leże. Dziecko zniknęło za
drzwiami i potem słyszeli już tylko jej śmiech i jak rozmawia z kotami. Czasami
coś łupnęło głucho, jakby kot spadł z regalu, albo coś z niego zrzucił. Minęło
sporo czasu, a ponieważ zdawało się, że wszyscy zapomnieli o małym gościu,
Marianna podniosła się i poszła sprawdzić, co się dzieje. I co zobaczyła?
Dziewczynka siedziała, a właściwie na w pół leżała na starej wersalce, której
oparcie było mocno wygięte do tyłu, a na jej rękach, ramionach i kolanach, a
nawet przyciśnięte do boków, ulokowały się wszystkie koty, jakie tu były. Pozwijały
się w puszyste kłębki i spały tak spokojnie, jakby była jedną z nich. Zasłużony
odpoczynek po pracowitym dniu. Mocny i spokojny, bo sprawiedliwy. Dziewczynka
też spała, całkiem nieruchomo, z delikatnym uśmiechem na twarzy i rumianymi
policzkami.
To
było dziwne. Nigdy jeszcze nie widziała, by koty zachowywały się w taki sposób,
a już na pewno nie w obecności małego dziecka, gdzie maluchy były zazwyczaj
dość okrutne w swojej niewiedzy. To był piękny obrazek. I straszny. Dlaczego
koty tak ją sobie upodobały?
- Za bardzo się martwisz, kochanie. To
wciąż tylko dziecko.
Głos
Adriana wyrwał ją z zamyślenia, obrazy przeszłości zniknęły. Patrzył na nią z
poważnym, kojącym uśmiechem. Oczywiście, wiedziała że to tylko dziecko, ale nie
mogła się pozbyć tego dziwnego wrażenia, że wiele dziwnych sytuacji z kotami,
nie mogło się zdarzyć tak po prostu. Obrazki były piękne, to prawda, ale koty
od zawsze były symbolami czegoś niezwykłego, magicznego. Niebezpiecznego.
Pocałunek na jej policzku był ciepły i kojący.
Pozwoliła się przytulić i kołysać jak dziecko.
Była czarownicą.
Powiedziała
jej o tym babcia, kiedy skończyła siedemnaście lat. Jak co roku, wybrały się do
lasu na jagody i jak co roku, babcia zaprowadziła ją na bagna, żeby obejrzeć
mgły. Usiadły na zwalonym pniu, który leżał w tym samym miejscu odkąd
pamiętała, babcia odkręciła termos i nalała im ciepłego kakao z malinami ze
swojego ogródka. Słodki aromat wymieszał się z zapachem darni, mgły i drzew.
Piły, patrząc jak mgła tańczy przed nimi, wyginając się wdzięcznie i skrząc w
promieniach słońca. Drobinki światła wirowały w złoto zielonym półmroku, niczym
maleńkie gwiazdki. Kilka z nich podleciało bliżej, niesionych wiatrem.
Gwiazdki?
Głupiutka dziewczyna, hi hi hi…
Marianna
zamrugała szybko powiekami.
- Mówiłaś coś, babciu?
Nie
usłyszała jej odpowiedzi. Drobinki błyszczały coraz bardziej, powłoka światła
stawała się coraz większa i większa.
Myślisz,
że ona udaje, że nas nie widzi?
Jest słodka.
Tak tak, ładnie pachnie.
Otworzyła
usta, ale nie była w stanie nic powiedzieć. W kulach światła dostrzegła
niewielkie postacie o lśniących jak u ważek skrzydełkach. Uśmiechały się do
niej szeroko, ukazując rzędy maleńkich, ostrych ząbków. Była zbyt zaskoczona,
by jakoś zareagować, więc tylko się im przyglądała.
Patrz
na jej oczy, jakie wielkie!
I niebieskie jak niebo.
Zamknęła
oczy i otworzyła, ale maleńkie postacie nie zniknęły. One tu były naprawdę!
- Dobrze już, dobrze, chyba wystarczy.
Marianno, dziecko, ocknij się już.
Babcia
śmiała się cicho, wyrozumiale. Dolała jej kakao i wskazała chudym palcem
wiszące w powietrzu małe istoty. – Nie poczęstujesz naszych małych przyjaciół?
Wyciągnęła przed siebie drżące ręce, w których trzymała kubek. Babcia pokręciła
tylko głową z rezygnacją.
- Nie tak, moja droga. Weź trochę na
ręce, o tak… - Nalała na jej dłoń trochę ciepłego płynu, trzymając jej
nadgarstek w pewnym uścisku. Chmurka słodyczy uniosła się do góry, wyraźnie
przyciągając te małe ludziki. Podleciały bliżej, wirując nad jej ręką i
szukając dogodnego miejsca, by móc dobrać się do poczęstunku. Kiedy obsiadły
wreszcie jej dłoń, nie czuła ich ciężaru. Pochyliły małe główki, pijąc prosto z
jej dłoni. Uśmiechnęła się zachwycona, zdziwienie gdzieś z niej uleciało.
- Auć! – Poderwała się z miejsca, gdy
jedno z nich ugryzło ją w palec. Cała reszta odfrunęła na bezpieczną odległość.
Wiedziałem,
że będzie słodka!
- To nie było zbyt miłe. – Babcia stała
obok niej, wspierając się pod boki, z pobłażliwym uśmiechem rozlanym na wesołej
twarzy. Malec znów wyszczerzył w uśmiechu ostre ząbki i zatańczył w powietrzu,
fikając koziołki. Kiedy wyciągnęła do niego pomarszczoną rękę, przysiadł na
niej posłusznie i obu im się ukłonił.
Przepraszam,
nie mogłem się powstrzymać.
- To moja wnuczka, Marianna. Mam
nadzieję, że nie będziecie jej sprawiać tyle kłopotu co mnie. Dopiero zaczyna
swoją podróż.
- Podróż? Dokąd?
- W nowy, wspaniały świat. Świat, który
jest równie piękny, co przerażający, nigdy nie wolno ci o tym zapomnieć. Ale
jest jak żaden inny, pełen wróżek i czarodziejskich postaci, kolorów jakich
jeszcze nie widziałaś. Ale także potworów.
Jestem jednak pewna, że ci się
spodoba.
- Dlaczego?
- Bo jesteś czarownicą.
Coś w niej drgnęło na tamto
wspomnienie. Babcia nie żyła już od wielu lat, ale jej wspomnienie było bardzo
żywe i kolorowe. Szkoda, że Kot jej nie znała. Babcia z cała pewnością
wyczytałaby coś z tych młodych, poważnych oczu. Może nawet umiałaby wytłumaczyć
ten koci fenomen.
Obudziło ją chłodne
łaskotanie na policzku. Kiedy otworzyła oczy, zobaczyła tylko rude futro, a
potem świetliste niebieskie oczy. Kot
miauknął, wyraźnie zadowolony, że wreszcie się obudziła. Przewrócił się na
grzbiet, domagając pieszczot. Pogłaskała go, czując się jeszcze trochę jak we
śnie, gdzie otaczało ją coś miłego i miękkiego.
- Dobrze spałaś? – Ciocia dotknęła jej
czoła, potem włosów. Uśmiechała się przy tym ciepło, tak jak nikt nigdy się do
niej nie uśmiechał. W jej niebieskich oczach tańczyły wesołe iskierki. Skinęła
głową i podniosła kota do góry. Zamruczał coś, mrużąc ślepia. Ucałowała go i
położyła sobie na kolanach, gdzie natychmiast zaczął się układać, zaczepiając
pazury o jej bluzkę.
- Bardzo dobrze. Śniły mi się koty.
* * *
Pazurki robione z nudy
Opowiadania się piszą, ale jakoś lepiej mi idzie na papierze, tradycyjnie. Stukanie w klawisze jakoś nie bardzo ;) Poza tym łzawiące od przeziębienia oczy jakoś nie sprzyjają pisaniu na komputerze i gapieniu się w ekran. Ale wzięłam się za siebie i coś tu wreszcie wrzucę ^^
A chwilowo, skoro jestem na zwolnieniu i trzeba było odpocząć od czytania książek (całe 20 minut!), zrobiłam sobie pazurki. "Go flatter me" napisała o nowym lakierze do paznokci firmy KOBO, który obejrzałam dokładnie i nabyłam, ku wielkiej uciesze. Kolor "Amsterdam" jest cudny, jak dla mnie i tworzy ładne tło do robienia wzorków, choć sam w sobie tez jest czarujący :)
by google
Tak więc po namyśle, jaki kolor dać jako bazę, uznałam, że ten będzie w sam raz, po czym zabrałam się za rysowanie wzorków. Niestety nie jestem jeszcze szczęśliwą posiadaczka akcesoriów do takich zabaw, ale radzę sobie nieźle z tym, co mam :) Oto efekt:

Myślę, że nie wyszło najgorzej :) Użyłam tylko jednej warstwy lakieru, która w zupełności wystarczyła.
Pędzę dalej klikać opowiadanie :)
A chwilowo, skoro jestem na zwolnieniu i trzeba było odpocząć od czytania książek (całe 20 minut!), zrobiłam sobie pazurki. "Go flatter me" napisała o nowym lakierze do paznokci firmy KOBO, który obejrzałam dokładnie i nabyłam, ku wielkiej uciesze. Kolor "Amsterdam" jest cudny, jak dla mnie i tworzy ładne tło do robienia wzorków, choć sam w sobie tez jest czarujący :)
by google
Tak więc po namyśle, jaki kolor dać jako bazę, uznałam, że ten będzie w sam raz, po czym zabrałam się za rysowanie wzorków. Niestety nie jestem jeszcze szczęśliwą posiadaczka akcesoriów do takich zabaw, ale radzę sobie nieźle z tym, co mam :) Oto efekt:

Myślę, że nie wyszło najgorzej :) Użyłam tylko jednej warstwy lakieru, która w zupełności wystarczyła.
Pędzę dalej klikać opowiadanie :)
piątek, 20 lipca 2012
Shadow
Shadow stanął przed wąskim skalnym otworem, który nie
wyróżniał się niczym szczególnym, jeśli nie wiedziało się, dokąd prowadził.
Ściana była ciemna, jak całe góry otaczające Królestwo, poszarpana i
niedostępna. Podszedł do wejścia, przez które mogło przecisnąć się jedynie coś
drobnego lub niewyobrażalnie chudego i dotknął postrzępionej krawędzi, gdzie
tuż pod powierzchnią, jak pod skórą, widniały skomplikowane znaki. Przesunął
nad nimi dłonią, czując jak kamień ociera się niebezpiecznie ostro o jego
skórę, nie robiąc mu jednak żadnej krzywdy. Litery rozbłysły delikatnym,
ciemnym światłem, we wnętrzu jaskini coś zaszemrało i przejście rozsunęło się
na tyle, że mógł swobodnie wejść do środka.
W jaskini było ciemno i cicho, prawie jak w jego świątyni,
ale szedł pewnie przed siebie. Nie rozlegał się tu żaden dźwięk, jego kroki
były ledwie dalekim echem słyszalnym co najwyżej dla nietoperzy, jeśli jakieś
tu były, i dla niego samego. Żadna tych
rzeczy nie stanowiła problemu. Mijał boczne korytarze, wyrwy w skałach,
stalagmity i niebezpieczne przepaście, jakby widział je w świetle dnia.
Droga zdawała się dłużyć, ale nie czuł zmęczenia ani
znużenia, dla niego i tak była to tylko chwila tu i teraz, nic więcej. Z czasem
na skałach zaczęło pojawiać się coś na kształt zarysu budowlanego: wyciosane
niestarannie kolumny, schody prowadzące do nikąd, gzymsy, bramy, fragmenty
wygładzonej drogi. Wszystko nabierało powoli rozmiarów i kształtów, było
bardziej dopracowane i lepszej jakości. Wkroczył do wymarłego podziemnego miasta,
w którym nie mieszkały nawet duchy. Im szedł dalej, tym budynków było więcej,
przylegały do siebie ciasno, połączone dziwacznymi mostami i więzadłami, jakby
były częścią ogromnego organizmu. I tylko one patrzyły na niego groźnie pustymi
okiennicami. Minął je bez większego zainteresowania, nie znajdzie w nich nic
wartego zachodu. Zatrzymał się dopiero przy gmachu świątyni, gdzie chyba
trzymano stare manuskrypty. Czuł zapach papieru i dawnego ognia, starych
rytuałów. Nie był to główny budynek, tylko jeden podrzędnych, ale i tak miał
większą wartość niż wiele innych na powierzchni. Wszedł po stromych schodach,
minął wiekową, kamienna bramę i wkroczył do środka, wzbijając w powietrze
tumany pyłu. Ciemność napierała na niego ze wszystkich stron, było chłodniej i
przyjemniej niż można by sadzić na początku. Zignorował moce, które były
jedynie wspomnieniem minionych czasów i ruszył dalej, do serca świątyni. Ołtarz
jaśniał w oddali dziwnym światłem, jakby czerń rozszczepiła się w pryzmacie i
pokazała jedną ze swoich wielu twarzy. Gdzieś za nim musiało być wejście do
podziemnych korytarzy, które tak bardzo upodobali sobie kapłani na całym
świecie. Pozostawił za sobą mruczący czarny kamień, który próbował zwabić go do
siebie, żądając ofiary dla swego pana. Nie miał zamiaru niczego dawać, ani
oddawać, ale zabrać tak wiele, jak tylko było to możliwe.
Za ołtarzem znajdowało się ukryte za kotara wejście do
dalszych pomieszczeń, gdzie odprawiano rytuały niedostępne oczom mieszkańców
podziemnego miasta. Ołtarz, który tu się znajdował był zdecydowanie mniejszy,
ale zrobiony po mistrzowsku, dopracowany w każdym detalu i wciąż pachnący krwią
i duszami, które pochłonął. Był też jedynym jasnym punktem w tym miejscu, wszystko inne tonęło w
nieprzeniknionym mroku. Dotknął go lekko i kamień pod jego dłonią natychmiast
zareagował, choć musiał być martwy lub uśpiony od setek lat.
Nic się nie stało. Kamień był martwy. Nie mógł dać żadnej
mocy i żadnej odebrać. Przycisnął do niego otwartą dłoń i przesunął nią wzdłuż
miejsca, gdzie ofiary oddawały życie ku czci pana tego miasta. Zobaczył to
miejsce, gdy jeszcze było wypełnione życiem, gdy kapłani zanosili modły do
istoty starej jak świat, którą uznawali za najwyższy byt we wszechświecie,
ważniejszy i silniejszy niż bogowie, którzy i tak pojawili się dopiero po nim. Tutaj
krew i życie lały się strumieniami, moc pulsowała z taką siłą, jakby to właśnie
tutaj znajdowało się serce wszechświata, jakby tu Chaos wydał na świat swoje
pierwsze i najpotężniejsze dziecko. Z ołtarza podniosła się dziewczyna, o
jasnej skórze, czarnych włosach i fioletowych oczach. Spojrzała na niego
intensywnie, gniewnie, oskarżając go o zbrodnię, której nie popełnił. Poruszyła
bladymi ustami, jakby rzucała mu wyzwanie, lub obarczała klątwą. Potem znów
legła na kamieniu, odważnie patrząc w oczy śmierci. Gdzieś z góry spłynęła na
nią rubinowa płachta, jakby byli na scenie w teatrze, a jej śmierć miała być
jedynie genialną grą. Zachłysnęła się, wygięła w łuk pod krwistoczerwonym
materiałem i krzyknęła głucho. Z ciemności przed nim wyłoniła się kolejna
dziewczyna, podobna do tamtej, ale dziwnie zdeformowana, jakby zbyt długo
podlegała mrocznej sile. Jej oczy były nienaturalnie złote, włosy wiły się jak
węże wokół jej twarzy, palce zakończone były szponami. Nawet na ramionach miała
kościane narośla. Uśmiechała się drapieżnie, oblizując językiem rozchylone
głodno usta. Położyła dłonie na czerwonym materiale i przesunęła nimi tak jak
on przed chwilą po kamieniu. Dziewczyna ukryta pod nim poruszyła się niespokojnie,
jakby dotykało jej coś niezmiernie obrzydliwego. Demoniczna kobieta wzięła ja w
objęcia i pocałowała przez materiał, wysysając z niej całe światło, by potem
oddać je zwielokrotnione i zmienione przez jej okrutną siłę. Kiedy zakończyła
proces, spojrzała na niego przelotnie, uśmiechnęła się zaczepnie i wizja
zniknęła. Odsunął się od ołtarza i przeszedł na drugą stronę, zanurzając się w
ciemności. Gdzieś przed nim było jeszcze jedno przejście, czuł je bardzo
wyraźnie. Wyciągnął przed siebie rękę i pozwolił prowadzić się intuicji.
Wiedział, że znajduje się w tunelu, który prowadził go jeszcze głębiej. Ocierał
się o absolutnie gładkie ściany, jakby szlifował je jakiś ogromny gad, którego
wpuszczono do podziemi skazując na powolną śmierć w labiryncie, który sam
stworzył. Ale wreszcie tunel się skończył, ściany rozchyliły i znalazł się w
mauzoleum, gdzie spoczywały szczątki kapłanów. Ułożeni na skalnych półkach, w
równych rzędach, jeden nad drugim, strzegli najwyraźniej wejścia do swoich
ukrytych tajemnic. Komnata była okrągła a jej ściany zapełnione prochami
obleczonymi w strojne szaty na całej
szerokości i wysokości. Przypuszczał, że całe podziemia miasta zamieniono w
katakumby. Ale Śmierć już dawno zapomniała o tym miejscu, nie miała tu nic do
roboty, chyba że robiła wycieczki do tego zaginionego czarnego ogrodu,
wspominając coś, co już nigdy nie wróci. Zostawił trupy ich własnemu losowi i
skierował się do drzwi, za którymi znajdowała się wiedza wielu pokoleń. Były
zadziwiająco zwyczajne, z czarnego drewna, ozdobione stalowymi ornamentami i
osadzone w obitej stalą drewnianej futrynie. W środku miały jakiś starożytny
mechanizm, który musiał skutecznie bronić zawartość ukrytej głęboko komnaty, bo
nie widział żadnych śladów włamania czy jakiejkolwiek obecności. Był tu prawdopodobnie
pierwszą żywą osobą od czasu ostatniego kapłana, zupełnie jakby ten zamknął za
sobą wszystko, wszedł tutaj, ułożył się w swojej niszy i w spokoju czekał na
śmierć. Nie robiło mu to żadnej różnicy. Nawet jeśli zastosowali magię lub
dawne mechanizmy, nie powinien mieć z nimi większego problemu. Nacisnął klamkę
i pchnął drzwi. Za jego plecami rozległ się znajomy szmer, aktywowało się
jakieś zaklęcie. Kiedy się odwrócił, martwi kapłani wstali ze swych leży i
ustawili się w kręgu, blokując mu drogę powrotną. Naprawdę sądzili, że coś
takiego mogło go powstrzymać? A może po prostu nie spodziewali się tu kogoś
jego pokroju. Wpatrywał się w nich przez chwilę, ale poza tym, że unosili się w
powietrzu, emanując silną energię, nic nie zrobili. Czekali? Przeciął dłonią
powietrze na wysokości ich gardeł, jakby ścinał głowy mieczem. Nie miał czasu
na głupie gierki. Posypali się na podłogę, kupa białych kości i zbutwiałych
szmat, cała ich moc zniknęła w mgnieniu oka. Jeszcze raz nacisnął klamkę i tym
razem drzwi otworzyły się bez żadnych przeszkód. Owiał go silny zapach papieru,
tuszu i pyłu, które czuł już przy wejściu do świątyni. Pokój rozjaśnił się jak
za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i jego oczom ukazał się niewielki pokój
z kilkoma tylko półkami, na których leżały stare woluminy i księgi, oprawione w
twardą skórę, obite stalą, oplecione sznurami i zaklęciami, które spadły pod
jednym jego dotknięciem. Na stole zapłonęły lampy, ukazując rozpiętą na ścianie
mapę podziemnego miasta. Odnalazł na niej pozostałe świątynie, a gdy zdjął ją
ze ściany i obejrzał w pełnym świetle, znalazł do nich drogę przez katakumby. Zwinął
ją i obwiązał jednym z magicznych sznurów, to samo zrobił z księgami i zwojami.
Zebrał je razem, umocował na ramieniu i wyszedł, zostawiając za sobą pustkę.
Według mapy, przejście znajdowało się w drugiej wnęce od ziemi po jego lewej
stronie. Na wewnętrznej ścianie wyryty był symbol, który w całym mieście
powtarzał się wielokrotnie, choć tu był bardziej rozbudowany. Nacisnął go i
gdzieś w głębi coś zgrzytnęło. Ściana zadrżała i rozsunęła się z jękiem, sypiąc
okruchami skał. Zaczekał aż przejście całkowicie się odsłoni, uznał, że nie
czeka na niego więcej niespodzianek i wszedł do kolejnego tunelu, nie oglądając
się za siebie. Przejście zamknęło się za nim ponownie, zostawiając go w
ciemnościach. Znów prowadził go instynkt i intuicja. Potrafił pod zamkniętymi
powiekami dostrzec mijane przejścia i inne korytarze, które prowadziły do
nikąd, lub gdziekolwiek indziej, gdzie nie miał potrzeby się znaleźć. Nie
zwracał na nie uwagi, idąc tak, jakby pokonywał tę drogę codziennie. Dotarł do
trzech kolejnych świątyń, gdzie pokonywał podobne przeszkody z tą samą
łatwością co za pierwszym razem. Wzbogacił kolekcję starych ksiąg o kilka
kolejnych, znalazł interesującą nad wyraz magiczną laskę, do której czerwonym
sznurem przywiązano malowana maskę; klepsydrę z czarnym proszkiem, co do
którego pochodzenia miał pewna koncepcję; miecz
z pięciorgiem oczu i wiele innych
rzeczy, które mógł zabrać ze sobą bez większych problemów. Ale gdy trafił na
wielowymiarowe lustro, zmarszczył brwi. Z jednej strony bardzo chciał je mieć,
a nie wyobrażał sobie dźwigania go na plecach, z drugiej miał wrażenie, że ktoś
już je opanował. Na wszelki wypadek ani razu nie ściągnął z głowy czarnego
kaptura, który chronił go skutecznie nie tylko przed zwykłym, niepożądanym
wzrokiem, ale także tym magicznym. Nawet jeśli ktoś lub coś patrzyło teraz
przez lustro, w co wątpił, nie było w stanie go dostrzec. Zostawił je
nietknięte, nie chciał ryzykować odkrycia.
Z każdym krokiem miasto zlewało się z ciemnością, tak, że
gdy dotarł wreszcie do głównej świątyni, widział tylko ją, wyłaniającą się
majestatycznie z mroku. Kolumny, które miały podtrzymywać dach, ginęły wysoko w
górze, wwiercając się w górę jak ostre pazury w ciało swojego gospodarza. Boki
świątyni zdawały się poruszać niezauważenie i otaczać go z każdej strony.
Ułożył rzeczy na podłodze, wymówił formułkę i poczekał, aż znikną. Główny
budynek naładowany był mocą, ciągle coś w nim było. Nie obawiał się zagrożenia.
Tak jak poprzednio, wszedł na schody i spokojnie dotarł na szczyt, stanął przed
ogromnymi wrotami i spojrzał w górę, gdzie mrok był płynny i żywy, wciąż się
poruszał, jakby sam był jedną z żywych istot. Wrota były zamknięte, ale to
także nie stanowiło problemu. Pchnął je lekko i natychmiast się poruszyły,
wpuszczając go do środka jak jednego ze swoich. Ogromny hall podtrzymywany
przez rzędy kolumn był ciemny, jak wszystko tutaj, ale sprawiał pozory obecności. Coś na pewno tu było i jeśli
się nie mylił, było bardziej niż żywe i jeszcze bardziej martwe, lub po prostu
pozbawione człowieczeństwa. Tak przynajmniej mówiły wszystkie podania, coś
takiego widział wiele lat temu. Ruszył salą, która zdawała się być miastem w
mieście. Nie była tak ogromna jak to na zewnątrz, ale tutaj też, ukryte w
mroku, wyłaniały się nieśmiało nisze i alkowy, bramy prowadzące w głąb góry,
gdzie z pewnością znalazłby wiele interesujących go rzeczy. Miał wrażenie , że
gdzieś wśród tych rzeźbień i migoczącej ciemności, wśród mgły i półmroku, jest
coś co wciąż go obserwowało. Jeżeli tak było, czemu go nie zatrzymało?
Doszedł wreszcie do miejsca, gdzie na wzniesieniu kolejnych
stopni usadowił się tron z czarnego kamienia, poprzecinanego czerwonymi,
pulsującymi żyłkami. Był ogromny i pusty, a jednak stwarzał wrażenie, że
jeszcze przed chwilą ktoś na nim siedział. Wysoko nad nim, niczym ogromna
korona, unosił się kamienny baldachim, fantazyjny i misterny, tak, że nawet on
musiał uznać jego urodę. Gdyby miał okazję, z chęcią przyjrzałby mu się bliżej.
Ocenił wysokość schodów i tronu i rozpoczął wspinaczkę. Mgła czepiała się
krawędzi jego płaszcza, chwytała za rękawy, próbując dostać się pod materiał,
ale nie mogła go pokonać. Ciemność kroczyła za nim, chcąc zastąpić miejsce
mgły, ale i jej się nie udało. Światło także musiało uznać swoją niemoc. Kiedy
doszedł na górę, był już tylko on i Tron, wszystko inne spłynęło na dół,
otaczała ich tylko cisza. Schody zniknęły, światło uciekło, wszystko pochłonęła
siła Tronu. Czas chyba stanął w miejscu, żaden pyłek nie unosił się w
powietrzu, zupełnie jakby znajdowali się w magicznej klepsydrze. Tron zdawał
się wpatrywać w niego z wielkim zainteresowaniem, niemal czuł na sobie dotyk
jego niewidzialnych dłoni. Zamknął przed nim swoje myśli, ale to go bynajmniej
nie zraziło, wydawał się wręcz zadowolony. Wydał z siebie pełen aprobaty pomruk
i otworzył się przed nim, ukazując w swoim wnętrzu wejście do ciemności, którą
widział tylko kilka razy w życiu. Zastanowił się przez chwilę, czy rozsądne
będzie wejście do środka czegoś, czego jeszcze nie znał, ale Tron zapraszał go
całym sobą, nie czul tez żadnego zagrożenia. Nie żeby mu ufał, ale nie sądził,
by coś mogło mu się stać. Mógł umrzeć wiele razy, dawno dawno temu. To były
odległe czasy, które trwały w jego pamięci jak sen, rozmyte i niemal nierealne,
jakby nigdy nie znał innego życia niż to, które miał teraz. Jedyne, którego
pragnął, którym żył, którego nie mógł się pozbyć, nawet gdyby chciał. Odsunął
od siebie wspomnienie przeszłości i wszedł do środka, bardziej niż pewny
swojego. A może po prostu było mu już wszystko jedno. Kolejne przejście
zamknęło się za jego plecami. Tu nie było katakumb, ani żadnych katafalków, to
nie było miejsce czci ani pamięci przodków, choć mogłoby się wydawać, że
miejsce za tronem było do tego wręcz idealne. Ciemność poruszyła się przed nim,
westchnęła. Była ogromnym czarnym kryształem, który pokrywał tu dosłownie
wszystko. Tak jak na zewnątrz każda rzecz była wyrzeźbiona lub wyciosana w
kamieniu, tak tutaj jedynym materiałem był kryształ o niespotykanym
zabarwieniu. Widział wiele czarnych kryształów, ale żaden z nich, bez względu
na to jak wielką posiadał moc, nie miał tak intensywnej barwy ani nie dawał tak
silnego uczucia, że trzyma się w rękach coś żywego. Stanął przed czymś, co było
stare jak Świat, co wyłoniło się z Chaosu i trwało nieskończenie od początku
wszystkiego co znali. Czarny Kryształ, niewyczerpane źródło mocy i siły,
potrafiący tworzyć z równą łatwością co niszczyć, obiekt pożądania co bardziej
szalonych władców, mędrców i magów, artefakt demonów, niszczycielska siła,
która wzbudzała na równi przerażenie i uwielbienie. To było Jego miasto. To
Jego czcili i Jemu składali ofiary. Dla Niego i dzięki Niemu zdobywano tu
wiedzę niedostępną nawet dla co bardziej wtajemniczonych istot czy bóstw. Był
wszystkim czego pragnęli i dlatego pozwolili się zapomnieć i oddać Mu siebie,
gdy znudził się światem i uznał, że może czas na chwilę się usunąć i zobaczyć,
co zrobi ze sobą ten Świat, pozbawiony
jego wpływów, które tak naprawdę nigdy nie wygasły. Zapieczętowali tu wszystko,
odgrodzili się tak skutecznie, że
pozostał po nich zaledwie nikły ślad w legendach, które udało mu się
odszyfrować. W jakiś sposób go to poruszyło, był zainteresowany możliwościami
czegoś tak silnego. Pamiętał go z Wielkiej Wojny, jego działanie, wpływ na
wszystko co miało z nim styczność. Widział go w walce i nie mógł się
zdecydować, czy lepiej go zniszczyć czy pozwolić istnieć, by w przyszłości mieć
z kim walczyć. Ich działania miały ten sam skutek – śmierć. Ale Czarny Kryształ
nie chciał zniszczyć świata jako takiego, bo wtedy jego egzystencja byłaby po
prostu nudna. Był zainteresowany wszystkimi aspektami życia, obserwował je jak
ciekawe zjawisko wtedy gdy się rozwijało, i wtedy gdy zabawiał się okrutnym
niszczeniem go. On, z drugiej strony,
miał tylko jedną drogę, która wiodła głębiej w ciemność. Wszelkie życie miało
dla niego tę jedną zaletę, że kończyło się śmiercią.
Wy Lordowie Śmierci,
widzicie tylko jeden kierunek, jedną ciemność. Czy może raczej Ty ją widzisz.
Kryształ poruszył się i znów westchnął, jakby upominał
dziecko po kolejnej psocie. Zrobiło się dużo jaśniej, mógł zajrzeć w głąb
lśniącej ciemności, gdzie dostrzegł jakiś niewyraźny kształt, który wolno
wyłaniał się z jego wnętrza.
Nie boisz się mnie,
nie podziwiasz, nic nie czujesz. To frapujące.
Głos przypominał odbicie dźwięku w labiryncie luster. Był
wszędzie i nigdzie zarazem. Wydawało mu się trochę dziwne, że mówił do niego
tak po prostu, jakby stali w zwyczajnej sali i prowadzili zwyczajną rozmowę. Kryształ
zachichotał, jakby czytał mu w myślach, co wcale by go nie zdziwiło, nawet
jeśli dobrze je przed nim ukrywał.
Po co przyszedłeś,
Lordzie? Tylko po to, by grabić moje świątynie? Nic nie powiesz?
Wzruszył ramionami – Nie zatrzymałeś mnie, chociaż mogłeś.
Te papiery i artefakty nic dla ciebie nie znaczą, są jak tanie błyskotki.
Są moje, przynajmniej
w pewnym sensie. Ale nie odmówię ci ich, podziwiam twoje umiejętności i brak
strachu.
Kształt pod powierzchnią kryształu był już całkiem dobrze
widoczny i do złudzenia przypominał człowieka. Tafla przed nim stawała się
coraz cieńsza i w końcu rozpłynęła się ukazując ludzką sylwetkę. Mężczyzna o
czarnych włosach i oczach wpatrywał się w niego z tym samym intensywnym
zainteresowaniem, które wcześniej czuł od tronu. Uśmiechnął się , mrużąc oczy
ciemne jak otchłanie i wyciągnął rękę do jego ukrytej twarzy.
Naprawdę cię
podziwiam. Byłeś wspaniały w czasie Wielkiej Wojny. To niesprawiedliwe, że cię
nie docenili.
Nie był pewien czy z niego drwił, czy mówił poważnie. Po
wojnie, która prawie zniszczyła świat i odsunęła ich czasy w pamięć historii
jako coś, co nigdy nie powinno się powtórzyć, odszedł od tych, którzy szli
podobną do niego drogą. Za bardzo zależało mu na indywidualności, by dać się
osadzić w Zamkniętym Mieście i szlifować swoje możliwości na kimś, kto nie był
mu równy. Wiedział, że za nim nie tęsknili, choć musieli żałować, że stracili
kogoś, od kogo mogli się uczyć. Ale on nigdy nie miał uczniów, nie miał zamiaru
nikomu przekazywać swojej wiedzy. Nie znalazł nikogo, kto mógłby ją pojąć.
Pokaż twarz, Lordzie
Śmierci. Nie jestem taki jak ci, których spotykałeś na swojej drodze. Nie umrę
od spojrzenia ci w oczy. Nie będziesz tez w stanie wykonać tego waszego głupiego
wyroku, który każe wam zabijać każdego, kto pozna wasze prawdziwe oblicze.
Shadow stał w miejscu jak poprzednio, nie mając
najmniejszego zamiaru się odsłaniać. Wiedział, że go nie zabije, nie teraz.
Obaj byli zainteresowani drugą stroną, tym do czego byli zdolni w krytycznej
sytuacji. Szkoda od razu zabijać dobrego przeciwnika.
- Chciałem wiedzieć, to wszystko, po co tu przybyłem. Nic
mniej ani więcej.
Hmmm
Czarny Kryształ uniósł się nieco i wsunął zimną dłoń pod
materiał jego kaptura. Czuł się dziwnie unieruchomiony, jakby odcięty od
rzeczywistości. Mężczyzna uśmiechał się bardziej z każdym ruchem, wyraźnie
zadowolony nowym odkryciem.
Wydajesz się młody.
Ile tak naprawdę masz lat? Wojna była już dawno temu, musiałeś długo wędrować
zanim tu dotarłeś. Jak wiele lat zajęło ci zdobycie tego, co czyni cię tym, kim
jesteś teraz?
Jeszcze raz wzruszył ramionami – To nieistotne w tej chwili.
Chciał zajrzeć do głowy tego mężczyzny, odkryć jego sekrety
i prawdziwą siłę, zobaczyć to z czego się wyłonił i to, co będzie na końcu.
Miał pełne prawo przypuszczać, że Czarny Kryształ posiadał taka wiedzę, nawet
jeśli w tej postaci nie do końca zdawał sobie z tego sprawę. Czy gdyby dostał
się do jego wnętrza, znalazłby odpowiedzi na swoje pytania?
Liczyłem na coś bardziej
interesującego niż patrzenie na ciebie okutanego od stóp do głów, milczącego i
niedostępnego. Lordowie których znałem kiedyś, nie byli aż tak ponurzy. Ale
cóż, chyba na razie musze się tym zadowolić. Twoja wizyta sprawiła mi ogromną
przyjemność, ale niestety musimy ją teraz zakończyć. Moja zabaweczka się
niecierpliwi.
Gdzieś z dołu dobiegło głośne dudnienie, jakby ktoś
pięściami próbował przebić się przez wieko trumny. Mimowolnie spojrzał na
podłogę pod swoimi stopami, starając się zlokalizować źródło dźwięku, ale
wszystko zaczęło wirować w oszałamiającym tempie i zgubił ślad. Czarny Kryształ
roześmiał się jakby oglądał świetne przedstawienie, dotknął nieludzkimi palcami
jego ust i wtulił się na powrót w kryształ za sobą.
Do następnego razu,
Lordzie Śmierci. Jestem pewien, że będzie o wiele bardziej interesujący.
W podłodze otwarło się przejście, które wessało go z ogromną
siłą do środka. Ciemność i siła kryształu naparła na niego z olbrzymią mocą,
dusząc wszelki opór. Poczuł się jak lata temu, gdy wszedł w sam środek ogromnej
masy czarnej dziury, która wirując niszczyła
wszystko na swojej drodze, zasysając czas i przestrzeń. Otchłań z
Czarnego Kryształu, której nic nie mogło się oprzeć. A jednak on przeżył. Teraz,
gdy spadał w dół, sunąc przez rzeczywistość i wnętrze tego dziwnego tworu,
udało mu się przez chwilę zobaczyć ogromny, czarny pałac w środku czarnego
królestwa, gdzie na czarnym tronie siedziała kobieta o czarnych włosach i
bladych dłoniach zakończonych długimi paznokciami spiłowanymi jak pazury,
poruszając nimi nad czarną kulą emitująca tęczowe światło. Uśmiechała się
zachłannie, drapieżnie, a jej złote oczy lśniły podnieceniem.
A potem ciemność zamknęła się nad nim.
***
Tym razem coś innego, nie związanego w żaden sposób z Kotem i dziewczyną w czerwonych trampkach :) Mam nadzieję, że przebrniecie bez większych zgrzytów.
poniedziałek, 11 czerwca 2012
Wciąż jestem :)
Moja aktywność skupia się ostatnio na rzeczach innych niż pisanie, więc chwilowo nic nowego nie będzie. Ale jestem nadal, chwilowo zajęta foceniem :)
poniedziałek, 9 kwietnia 2012
środa, 28 marca 2012
Coś dla opornej skóry
Ponieważ następne opowiadanie dopiero się tworzy, napiszę coś z naszej kategorii - babskiej, znaczy się. No i obiecałam :)
Na pierwszy rzut pójdzie System Pielęgnacji Skóry w 3 krokach, Clinique.

zdjęcie z google
Zakupiłam zestaw trzeci, przeznaczony dla skóry mieszanej w kierunku tłustej. Ponieważ chciałam wypróbować, z czym to się je, wzięłam na początek mały zestaw, który w założeniu ma starczyć na 10 dni. Starcza w zupełności, nawet na 14.
Jako pierwsze, bierzemy mydełko w płynnej postaci. Jest delikatne, lekko się pieni, pozostawia skórę gładką i miękką. Nie miałam dziwnych sensacji, jak twarz napięta do granic możliwości, żadnego szczypania czy swędzenia. Bardzo przyjemna rzecz.
Punkt drugi to Clarifying Lotion. Mocna rzecz, podobno najważniejsza. Muszę powiedzieć, że byłam w szoku, bardzo pozytywnym zresztą. Jest intensywny i trzeba uważać, żeby nie przesuszyć skóry, ale działa rewelacyjnie. Mogłam naocznie sprawdzić jego działanie w porównaniu np z produktem Biodermy. Bez porównania, Clinique przebija go pod każdym względem. Skóra jest naprawdę czysta ( weźmy pod uwagę, co zostaje na waciku ), gładka, pory zamknięte - nareszcie! Moja skóra jest naprawdę oporna i do tej pory mało co na nią działało, a tu miła niespodzianka.
No i punkt trzeci- Dramatically Different Moisturizing Lotion lub Gel. Przyjemny w użyciu, dobrze nawilża, pozostawia delikatny filtr ochronny, świetny pod makijaż. Na początku wydawało mi się, że za słabo się wchłania, ale raczej skłania do tego, żeby wmasować go w twarz. Idealny na poranny i wieczorny masaż.
Jednym słowem, jestem naprawdę zadowolona. Wprawdzie nie testowałam ich jeszcze w warunkach zbliżonych do ekstremalnych, ale myślę, że sobie poradzą :) Polecam.
Jedyny problem to cena, ale chyba da się to przeboleć i ewentualnie odłożyć jakąś kwotę na zakup produktu, który spełnia moje oczekiwania. Jestem więc dumną posiadaczką zestawu na najbliższy miesiąc i już nie boję się rano zajrzeć w lustro :)
Na pierwszy rzut pójdzie System Pielęgnacji Skóry w 3 krokach, Clinique.
zdjęcie z google
Zakupiłam zestaw trzeci, przeznaczony dla skóry mieszanej w kierunku tłustej. Ponieważ chciałam wypróbować, z czym to się je, wzięłam na początek mały zestaw, który w założeniu ma starczyć na 10 dni. Starcza w zupełności, nawet na 14.
Jako pierwsze, bierzemy mydełko w płynnej postaci. Jest delikatne, lekko się pieni, pozostawia skórę gładką i miękką. Nie miałam dziwnych sensacji, jak twarz napięta do granic możliwości, żadnego szczypania czy swędzenia. Bardzo przyjemna rzecz.
Punkt drugi to Clarifying Lotion. Mocna rzecz, podobno najważniejsza. Muszę powiedzieć, że byłam w szoku, bardzo pozytywnym zresztą. Jest intensywny i trzeba uważać, żeby nie przesuszyć skóry, ale działa rewelacyjnie. Mogłam naocznie sprawdzić jego działanie w porównaniu np z produktem Biodermy. Bez porównania, Clinique przebija go pod każdym względem. Skóra jest naprawdę czysta ( weźmy pod uwagę, co zostaje na waciku ), gładka, pory zamknięte - nareszcie! Moja skóra jest naprawdę oporna i do tej pory mało co na nią działało, a tu miła niespodzianka.
No i punkt trzeci- Dramatically Different Moisturizing Lotion lub Gel. Przyjemny w użyciu, dobrze nawilża, pozostawia delikatny filtr ochronny, świetny pod makijaż. Na początku wydawało mi się, że za słabo się wchłania, ale raczej skłania do tego, żeby wmasować go w twarz. Idealny na poranny i wieczorny masaż.
Jednym słowem, jestem naprawdę zadowolona. Wprawdzie nie testowałam ich jeszcze w warunkach zbliżonych do ekstremalnych, ale myślę, że sobie poradzą :) Polecam.
Jedyny problem to cena, ale chyba da się to przeboleć i ewentualnie odłożyć jakąś kwotę na zakup produktu, który spełnia moje oczekiwania. Jestem więc dumną posiadaczką zestawu na najbliższy miesiąc i już nie boję się rano zajrzeć w lustro :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)